Reaktywacja

Wrzesień już prawie za nami, więc chyba czas ruszyć z sekcją dziennikarską! W tym roku oprócz wersji elektronicznej, najprawdopodobniej ruszy również gazetka.
Na razie zachęcamy do czytania starych postów, te nowe pojawią się już wkrótce!
Chcesz dołączyć do naszego grona? Napisz do nas!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

Netflix?

https://media.netflix.com/pl/  



Nie wiem, czy to dotyczy tylko mnie, ale ostatnio coraz częściej napotykam w internecie temat Netflix'a. W Polsce może nie jest on tak popularny, gdyż dopiero od roku jest on u nas dostępny, jednak w Stanach Zjednoczonych istnieje on już kilkanaście dobrych lat. W tym poście chciałabym przedstawić wady oraz zalety tej firmy.

 Netflix?

  Netflix to po prostu internetowa wypożyczalnia filmów. Wystarczy wykupić przykładowo miesięczny pakiet, dzięki któremu zdobywasz wolny dostęp do wielu filmów zagranicznych czy nawet polskich. Taka oferta obejmuje też seriale i programy rozrywkowe takie, jak kabarety. Bardzo ciekawe są również produkcje samego Netflixa, które są teraz coraz bardziej znane i wręcz modne.

 +

  Wielką zaletą tej wypożyczalni jest przede wszystkim różnorodność. Każdy może sobie tam znaleźć seans dla siebie. Na Netflix'ie nie znajdziesz tylko i wyłącznie najświeższych nowości. Możesz sobie wybrać też anime, którego jeszcze nie oglądałeś, francuski film, o którym nigdy wcześniej nie słyszałeś albo tą starą produkcję, o której kompletnie już zapomniałeś.
  Tym, co wielu przekonało do Netflix'a, jest to, że odtwarza on w naprawdę świetnej jakość. Koniec z czekaniem aż kółeczko podpisane "buforowanie" skończy kręcić się w nieskończoność! Netflix daje Ci możliwość komfortowego spędzenia czasu i podziwiania ulubionego filmu bez żadnych zakłóceń.
  Produkcje Netflix'a często są bardzo trudno dostępne poza samym Netflix'em. Wykupując dany pakiet, mamy dostęp do bardzo ciekawych i dobrze zrealizowanych utworów. Te najbardziej znane i zarazem "najlepsze" z nich to "House of Cards", "Orange is the New Black", "The Crown" czy "Narcos". Dzięki Netflix'owi nie tylko możemy z łatwością odtwarzać te seriale, ale też jesteśmy uczciwi wobec ich twórców, o czym w dzisiejszych czasach łatwo zapomnieć.
   Sama wypożyczalnia ma naprawdę wiele więcej zalet: możliwość nauki języka, dzięki opcji zmiany języka, napisów, nieograniczony dzienny czas dostępu do zbiorów Netflix'a albo brak stresu przed tym, że oglądamy coś nie do końca legalnie w internecie.. Jednak nie znaczy to, że Netflix nie ma również wad.
The Crown
https://techcrunch.com/tag/house-of-cards/

 -

   To, co najgorsze w Netflix'e oczywiście łączy się z tym, co w nim najlepsze. Olbrzymie zasoby filmów mogą być zgubą dla widza. Podam przykład mojej rodzinki: "Obejrzeliśmy wszystko, co chcieliśmy obejrzeć, znajdźmy teraz to, czego jeszcze nie widzieliśmy!". I tutaj zaczynają się schodki. Skoro Netflix ma tak dużo filmów, trudno będzie wśród nich znaleźć coś nowego. Wypożyczalnia posiada coś takiego, jak "najlepsze", "najcześciej oglądane", ale na ile można wierzyć systemowi, który przecież sam wystawia też własne produkcje. To oczywiste, że pierwsze, co nam wyskoczy to te pozycje z podpisem "Netflix original". Nie wiadomo, czy im wierzyć, czy też uznać, że to pięć gwiazdek jest tam z jakiegoś konkretnego powodu...
  Łatwo też zauważyć, że część wypożyczalni nastawiona jest raczej na masę niż na jakość. Trochę tak jest ogólnie z dostępnymi filmami, ale też z tymi netflix'owymi. Serialo, o których dość często się słyszy to przykładowo "Riverdale". Ja sama oglądam tę serię i nie uważam, że wszystko w niej mogę skrytykować. Jednak widać, że jest ona zrobiona typowo pod młodzież, tak żeby się serial dobrze "sprzedał". Porywającą fabułę i całkiem dobrą grę aktorską dość często niszczą wstawki, które są tam tylko po ty, by serial był w jakiś sposób atrakcyjny dla odbiorcy, mimo iż te wstawki zazwyczaj są bez większego przekazu, słabej jakości.
  Ogromny minus Netflix'a to też łatwość uzależnienia. Już nie raz usiadłam przed telewizorkiem o 17.00 i nagle, po "paru" odcinkach zrobiła się 23.00. Choć nie do końca jest to wada, uważam, żę Netflix nie nadaje się dla osób, które nie potrafią kontrolować swojego upływającego czasu (czyt. dla takich podobnych do mnie).

=

Podsumowując, chciałabym podkreślić, że Netflix jest jednak wart wykupienia. Ma ona wiele wspaniałych zalet, ale też niemało wad. Na obecny moment, nie wydaje mi się, że jest on najlepszą opcją dla miłośników kina, dla których weekendowy relaksik znaczy wieczór z dobrym filmem. Możliwe, że po dwóch miesiącach może się on już znudzić, ale obiecuję, że nawet te dwa miesiące subskrybcji nie będą zmarnowane.


Z Netflixem od prawie roku, 
Maja Torbacka


Czytaj

Jak odróżnić konstruktywną krytykę od hejtu?


...i jak ją poprawnie stosować.

Kiedy pokazujecie efekty Waszej pracy – czy to znajomym, czy to w internecie – prawdopodobnie w większości przypadków spotykacie się z jej oceną (lub sami oceniacie pracę innych). Nierzadko jednak krytykuje się w sposób niewłaściwy i taki, który może urazić odbiorcę lub, co gorsza, zrazić go do dalszej pracy. Zdążyłam już przeczytać kilka poradników (i zaobserwować kilka sytuacji) o tym, jak konstruktywną krytykę należy stosować i mam nadzieję, że uda mi się to wytłumaczyć w miarę jasno. Spokojnie, nikogo nie gryzę. Bo w końcu chodzi tu o poprawę błędów, czyż nie?

Właśnie. Najważniejsze jest danie motywacji do kontynuowania tego, co się robi. Szczerze mówiąc, mi osobiście robi się przykro, kiedy ktoś moją kilkugodzinną pracę podsumowuje negatywnym słowem, bez zwrócenia uwagi na to, co zrobiłam dobrze. Dlatego kluczem do utrzymania krytyki w charakterze "Hej, jestem tu po to, by Ci pomóc!" jest podanie na początku mocnych stron. Przykładowo: kiedy oceniasz czyjś rysunek, zaczynasz od powiedzenia, że podoba Ci się kreska/kolorystyka/design postaci/oczy/kwiatek. Wtedy dajesz do zrozumienia, że cały wysiłek autora nie poszedł na marne.

W tym momencie można powiedzieć, że czasem nie ma dobrych stron. Okej, zgodzę się, są takie przypadki. Wtedy rzeczywiście lepiej jest, zamiast nieszczerze słodzić, powiedzieć prosto z mostu: "Słuchaj, tym razem Ci nie wyszło...", ale przydałoby się przy tym zawrzeć tę motywację poprzez dodanie "...ale wiem, że stać Cię na więcej/po dłuższej pracy na pewno pojawi się poprawa/jeśli będziesz częściej ćwiczyć, wkrótce zauważysz efekty".

Teraz przejdę do tej części krytyki, jaką jest wskazanie błędów. Najlepiej, aby każdy punkt mówiący o błędzie zawierał przy tym przynajmniej jednozdaniową informację o przykładowym sposobie poprawy. Konstruktywna krytyka powinna być, koniec końców, dydaktyczna, a bez konkretów trudno taki efekt osiągnąć. Dlatego właśnie zamiast mówić "Coś jest nie tak z jej rękami" mówimy "Jej ręce są za długie, spróbuj przesunąć łokcie do góry". Jeśli już bierzemy się za krytykowanie, najlepiej powiedzieć od razu o każdym błędzie – to sprawi, że odbiorca będzie wiedział w przyszłości, na których elementach powinien się bardziej skupić. Jeśli widzimy, że oczy, choć mają ładnie narysowane tęczówki, są krzywe i nierównie rozmieszczone na twarzy (i nie jest to przy tym bynajmniej zamierzony efekt) nie możemy stwierdzić, że w całości są perfekcyjnie zrobione, bo to wprowadzi w błąd (i trochę wypaczy sens tej dydaktyczności krytyki, o której ciągle piszę).

Jeśli z osobą krytykowaną mamy do czynienia po raz kolejny, najlepiej na końcu zwrócić uwagę na to, co uległo poprawie. Myślę, że to jest jeszcze bardziej motywujące niż wskazanie zalet, bo mówi o postępie – czyli, innymi słowy, o tym, że wysiłek nie tyle kilku godzin, co dużo dłuższego czasu, dał owoce.


Czym w takim razie jest hejt?

W dobie internetu prawdopodobnie każdy zdążył spotkać się z tym słowem. Jest to spolszczenie angielskiego hate, co oznacza nienawiść, ale w kontekście oceniania jest równoznaczne z celowym urażeniem kogoś. Hejt nie pomaga (chyba, że ktoś ma mocną psychikę i traktuje to jako pretekst do pokazania innym, że się mylą, ale to rzadkie przypadki). Taki sposób wyrażania opinii jest szkodliwy i powinno się go unikać jak ognia. Hejtem może być przykładowo stwierdzenie "weź usuń ten rysunek, wypala mi oczy" – wydaje mi się, że nie trzeba tłumaczyć, co w nim jest nie tak i dlaczego to nie ma nic wspólnego z konstruktywną krytyką. Podsumowując: hejtu nigdy nie stosujemy.

Na koniec: nie bójcie się konstruktywnej krytyki! Póki nie zawiera ona elementów hejtu, celem jej autora jest pomoc Wam. Z krytyką i świadomością popełnionych błędów dużo szybciej osiągniecie postęp. Powodzenia!

Zosia Tchórz
Czytaj

Dlaczego warto obejrzeć "Sherlocka"?



Na pewno nie raz i nie dwa natknąłeś się na osobę, która polecałaby ci serial BBC „Sherlock”. Jeśli go obejrzałeś, na 90% spodobał on ci się i możliwe, że jesteś jego fanem. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś – ten artykuł jest przeznaczony właśnie dla ciebie!


Dlaczego warto obejrzeć „Sherlocka”?

Ta ekranizacja dzieł A. Conan Doyle’a znacznie różni się od pozostałych. Podczas gdy wszystkie inne dzieją się w epoce wiktoriańskiej, akcja „Sherlocka” BBC ma miejsce we współczesności, co jest dodatkowym atutem serialu.
Jeśli czytałeś powieści o przygodach detektywa, z pewnością oglądając, zauważysz podobieństwa, co jest zamierzone. Nie będziesz jednak znał rozwiązania zagadki – „Sherlock” jest jedynie inspirowany twórczością Conan Doyle’a, dużo elementów jest zmienionych. Zabieg ten bardzo mi się podoba, dzięki temu oglądanie serialu staje się jeszcze ciekawsze.
Postaci są świetnie wykreowane, a aktorstwo stoi na naprawdę dobrym poziomie. Benedict Cumberbatch, aktor wcielający się w Sherlocka, znany jest z wielu innych produkcji, tak samo jak Martin Freeman, serialowy John Watson. Warto również wspomnieć o Jimie Moriartym granym przez Andrew Scotta ­– takiej szalonej, ekscentrycznej, a równocześnie genialnej postaci zapewne jeszcze nie widzieliście!
Wielkim plusem serialu może być to, że zaznajamiamy się z zagadką i jej rozwiązaniem równolegle z głównym bohaterem. Nieraz oglądając film, denerwowałam się głupotą bohaterów,  którzy nie widzieli rozwiązania, mimo że było oczywiste, niemal pokazane na samym początku. Z drugiej strony w innych filmach irytowało mnie to, że bohater zbyt szybko znał rozwiązanie zagadki, a nie zostało ono przedstawione odbiorcom. W „Sherlocku” na szczęście tego nie ma.
Oglądając „Sherlocka”, można zarówno płakać, obserwować ekran z napięciem, jak i się śmiać. Zabawne żarty przeplatają się z poważnymi i niekiedy wzruszającymi scenami. Gdy wątki są blisko swojego rozwiązania, emocje najczęściej są napięte niczym struny. Na końcu zwykle siedzi się ze wzrokiem wlepionym w napisy, zastanawiając się, jak to się mogło stać, i już nie mogąc się doczekać następnego odcinka.
Na koniec dodam jeszcze, że soundtrack jest świetny. Melodie zwykle wpadają w ucho, tak że potem człowiek cały dzień nuci intro.

Żeby zachować równowagę wobec tylu zalet, które wymieniłam, próbuję znaleźć wady „Sherlocka”. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to długość odcinków. Półtorej godziny to dla niektórych odrobinę za dużo, ale zaręczam, warto!

                                                                                                               Marta Niemiec


Czytaj

"Aristotle and Dante Discover the Secrets of the Universe" Benjamin Alire Saenz - recenzja


 Aristotle and Dante Discover the Secrets of the Universe… niezwykle długi tytuł, ciekawa okładka i nie aż tak popularny autor zmieszane razem tworzą niezapomnianą książkę, jedną z moich ulubionych. Dlaczego? Oprócz niezapomnianych wrażeń i bardzo dzisiejszych problemów, daje nam wiele swoistych lekcji o tym jak być sobą. Jest to lektura przy której płakałam ze śmiechu, strachu, ulgi, a wreszcie... szczęścia.

“The summer sun was not meant for boys like me. Boys like me belonged to the rain.”

Wyobraźcie sobie scenę:

Jest upalne lato, rok 1987. Jest duszno i czujecie lepkie kropelki potu spływające wam po czole, a jedyny lekki podkoszulek klei się do waszych pleców niczym druga skóra. Taka pogoda ciągnie się już dobry miesiąc. Leżycie na drewnianej podłodze waszego pokoju, bo jest to jedyna powierzchnia której temperatura nie przekracza 30 stopni Celsjusza. Gdzieś w oddali słyszycie przytłumiony dźwięk piosenki La Bamba w wykonaniu Los Lobos. Wiecie, że zbliża się nieunikniony początek roku szkolnego, ale patrzycie się w stronę słońca, przysłaniając lekko dłonią wzrok i toniecie w jego cieple i promieniach. Jesteście szczęśliwi.




Wyobraźcie sobie następną scenę:

Właśnie przeprowadziliście się do nowego miasta, chłodnego i ciemnego Chicago. Nikogo nie znacie, więc aby nie zostać całkowitym wyrzutkiem uczęszczacie na coraz to kolejne imprezy. Każdy piątek spędzacie z inną grupką kompletnie nieznajomych osób. Gubicie się w hałasie i labiryncie ciał jakim jest mieszkanie jednego z waszych „kolegów”.  Czujecie się oślepieni przez neonowe szyldy sklepów ulicznych, które mijacie wychodząc z przyjęć. Tworzycie wspomnienia jednak nie czujecie się ich częścią. Doświadczacie świata wokół was, ale zarazem czujecie się najbardziej wykluczeni z niego jak się tylko da. Tęsknicie za ciepłem waszego domu i za tym co znajome. Nie możecie doczekać się lata.

“The whole world seemed to be quiet and calm and I wanted to be the world and feel like that”

Akcja rozpoczyna się w 1987 roku, w mieście El Paso w Teksasie zamieszkałym głównie przez ludność meksykańską. Na samym początku zostaje nam przybliżona historia głównego bohatera - Aristotle’a  ”Ari’ego” Mendozy, 15-letniego chłopca meksykańskiego pochodzenia. Są wakacje, a Ari znudzony trochę swoim codziennym, szarym życiem postanawia udać się na pobliski basen pomimo tego, że nie potrafi pływać. Poznaje tam Dante’go, swojego rówieśnika, który oferuje mu pomoc w nauce pływania. Dziwne, klasyczne imiona, Meksyk oraz wzajemna życzliwość zbliżają chłopców do siebie i dają początek niezwykłej relacji.

“Smiles are like that. They come and go.” 

Opis fabuły może wydawać się prosty, niemalże podręcznikowa definicja słowa „cliché”, ALE nie dajcie się temu zwieść, gdyż może was ominąć jedna z lepszych pozycji tego gatunku. Książka ta w jakiś niewyjaśniony sposób napawa człowieka taką radość, która aż rozpiera od środka. Jest to najweselsze i najcieplejsze lato wykute na kartach powieści, wszystkie pozytywne rzeczy i trudy wynagrodzone w najlepszy możliwy sposób.

“We all fight our own private wars.” 

Nie jest to jednak tylko powieść o nastolatkach dla nastolatków. Jest to historia o odkrywaniu siebie i samoakceptacji, o doświadczaniu otaczającego nas świata jak i uniwersum ukrytym w każdym z nas. 

                                                       Pola Rymar

(poniższe dane tyczyć się będą oryginalnej, angielskojęzycznej wersji książki, gdyż jest ona bardziej powszechna)
Tytuł: Inne Zasady Lata 
Tytuł oryginału: Aristotle and Dante Discover the Secrets of the Universe
Autor: Benjamin Alire Saenz
Wydawnictwo: Simon & Schuster Books for Young Readers 
Liczba stron: 359
Gatunek: młodzieżowy
Czytaj

"Sasha" Joel Shepherd - recenzja

Znalezione obrazy dla zapytania sasha joel shepherd


 Całkiem niedawno postanowiłam przeczytać ponownie książki, którymi kiedyś się zachwycałam i sprawdzić, czy moje uczucie do nich nie wygasło. I tak zdjęłąm z półki Sashę i... powiem jedno: Nic się nie zmieniło! :)

Do dzisiaj nie wiem dokładnie, co kiedyś zmusiło mnie do kupienia tej książki w trybie prawie natychmiastowym, bo na pewno nie okładka. Ta jest wyjątkowo mało udana w porównaniu do treści, którą pod sobą skrywa. Sasha udowadnia prawdziwość stwierdzenia, że nie powinno oceniać się po okładce. Po lekturze tego ponad siedmiuset stronicowego dzieła (grubością niemal dorównuje Grze o tron Martina) mogę otwarcie przyznać, że pan Joel Shepherd jest dla mnie wielkim odkryciem zeszłych lat, a jego Próba krwi i stali zasługuje na jedno z wyższych miejsc w moim prywatnym rankingu ulubionych książek. Tylko dlaczego pan Joel nie jest doceniany w półświatku fanów fantastyki? Dlaczego? Ostatnimi czasy rzadko jakiekolwiek powieści zachwyciły mnie tak jak ta seria.

[Wybaczcie, że zaczęłam recenzję od oceny okładki, nic nie poradzę na to, że jestem prostym wzrokowcem. W każdej książce są rzeczy ważne i ważniejsze. Chyba nikt nie zaprzeczy temu, że treść książki niewątpliwie należy do tych drugich.]

Powieść Sasha jest pierwszym tomem tetralogii Próba krwi i stali pióra Joela Shepherda. Opowiada ona o losach Sashandry, kiedyś księżniczki Lenayin, która zrzekła się tytułu po śmierci ukochanego brata. Wraz ze swym mentorem, Kesslighiem wyrusza do Baerlyn, by tam doskonalić się w pradawnej sztuce walki zwanej svaalverd. Wybiera życie wśród pogańskiego ludu goeren-yai, wiernemu starym lenayińskim tradycjom. Jednak mimo zmiany otoczenia i próby porzucenia tego, kim się narodziła i z czym była związana, na Sashę czeka wiele wyzwań. Musi być gotowa stawiać czoła armiom i spiskom, choć nie pomaga jej w tym dziki, buntowniczy charakter i nieokrzesany, gorący temperament. Kiedy w Lenayin wybucha konflikt między pogańskim górskim ludem, a nizinną arystokracją, wierzącą w nowych bogów z południa, Sasha musi dokonać wyboru między swą rodziną, a nowym życiem, które pokochała. Należy do obu światów, a jednocześnie do żadnego z nich.

Początki nie były łatwe, a zwłaszcza pierwsze kilkadziesiąt stron, które atakują trudnymi pojęciami i otwarciami mnóstwa przeróżnych wątków. Do teraz łamię sobie język na wyrazach takich jak goeren-yai, Cronenverdt czy Terjellyn. Choć zawsze narzekam na mnogość wątków, intryg, postaci i informacji o historii świata fantastycznego, to w skrytości ducha uwielbiam podobne smaczki w tego typu powieściach. Podobnie było z Grą o tron, która niesłychanie trafiła w moje klimaty i gust. Swoją drogą, w Sashy można wyczuć inspirację powieścią Martina, jednak to chyba typowe dla gatunku high fantasy. :)

Jak już napisałam, na początku trzeba się trochę wysilić, by się połapać w skomplikowanym nazwach, lecz resztę książki czyta się gładko i przyjemnie. Narracja jest potoczysta, opisy w sam raz, dialogi naturalne. Ogromnym atutem są różnorodni bohaterowie, nie tylko pod względem wyglądu, wierzeń i zachowań, ale także moralności. Nikt w tej powieści nie jest do końca dobry, ani do końca zły, co ożywia postacie. Oczywiście, trudno nie polubić tytułowej i zarazem głównej bohaterki, Sashy, która, choć lekkomyślna, pochopna i często arogancka oraz egoistyczna, potrafi być życzliwa, współczująca i dowcipna.

W powieści spodobał mi się także sposób prowadzenia historii przez wszechwiedzącego narratora, ukazującego konflikt w Lenayin z perspektyw różnych osób. Dzięki temu powieść intryguje, zaciekawia i zmusza czytelnika do pytania, które pisarze zawsze pragną usłyszeć: "Co będzie dalej?".

Nie zostaje mi nic innego, jak tylko szczerze polecić Wam Sashę. Powieść nie tylko fascynuje historią, światem i bohaterami - dzięki niej i uniwersalnym mądrościom w niej zawartych skłania do myślenia i odnoszenia pewnych sytuacji z książki do świata, w którym żyjemy. To książka pełna zawiłości i intryg, historia o wielkim potencjale, który zainteresuje każdego, kto lubi zatonąć na wiele godzin w obcym świecie i jego intrygach.
A pierwszy tom to dopiero początek niezwykłej przygody.

Sonia Raputa


Tytuł: Sasha
Tytuł oryginału: A Trial of Blood and Steel. Book One: Sasha

Autor: Joel Shepherd
Cykl: Próba krwi i stali
Wydawnictwo: Jaguar
Tłumaczenie: Jakub Steczko
Liczba stron: 680
Gatunek: fantastyka, fantasy
Czytaj

„Harry Potter i przeklęte dziecko” – fenomen czy porażka?

Znalezione obrazy dla zapytania harry potter i przeklęte dziecko



Już od jakiegoś czasu wiadomo było, że zostanie wydana ósma część popularnej serii o Chłopcu, Który Przeżył. Niektórzy fani powitali tę wiadomość z niezwykłym entuzjazmem, inni podchodzili do nowej książki nieco bardziej sceptycznie. W końcu nie miała to być zwykła powieść, tylko scenariusz sztuki, która była wystawiana w Londynie. Premiera oryginału miała miejsce 30 lipca, polskim fanom pozostało tylko czekać do października. Gdy scenariusz w końcu wyszedł, wszyscy byli zachwyceni. Czy jednak „Przeklęte Dziecko” na pewno zasługuje na aż taką liczbę pochlebnych opinii? Poniżej możecie poznać moją nieco kontrowersyjną opinię o nowym „Harrym Potterze”.


Co mówi notka na okładce?

Ósma historia. Dziewiętnaście lat później…
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej nie ma go teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, którego nigdy nie chciał przyjąć. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.


Co mówię ja?

Zacznę od tego, że od samego początku byłam bardzo negatywnie nastawiona do tej książki z wielu powodów. Przede wszystkim J. K. Rowling już dawno temu powiedziała, że saga nie będzie kontynuowana, a jak widać, obietnica została złamana. Być może ze względu, jak mówią złośliwi, na potrzebę ponownego rozgłosu. Dodatkowo „Przeklęte Dziecko” nie zostało napisane przez samą Rowling, ale przez Jacka Thorne’a – jedynie na podstawie opowieści stworzonej przez autorkę książek o Harrym Potterze, Johna Tiffany’ego i jego samego.
Oprócz tego w sieci pojawiły się spoilery do sztuki. Przeczytałam je z czystej ciekawości i – mówiąc kolokwialnie – załamałam się. Fabuła niczym wyjęta z bardzo słabych opowiadań fanowskich, przepełniona nielogicznościami i nietrzymająca się kanonu, jaki stanowi poprzednie siedem części. Niektóre postaci zostały źle wykreowane, a niektóre po prostu pominięte. Miejscami, czytając, byłam aż zniesmaczona tym, co się tam wyrabia. Nagle okazuje się, że pani sprzedająca słodycze w Hogwart Ekspresie jest monstrum, którego zadaniem tak naprawdę jest za wszelką cenę nie dopuścić, by ktoś wysiadł z pociągu wcześniej, niż na stacji Hogsmeade; Harry jest złym ojcem, który nawet nie chce zrozumieć swojego dziecka...
Warto by również wspomnieć o samej formie, w jakiej została napisana ósma część HP. Sam scenariusz czyta się dosyć lekko, jednak widać, że dialogi między postaciami są nieco wymuszone.


I na koniec, odpowiadając na pytanie zawarte w tytule – moim zdaniem „Przeklęte Dziecko” to absolutna porażka, zwłaszcza jeśli porówna się je do innych części tej naprawdę świetnej serii. Nie polecam tej sztuki nikomu, chyba że ktoś chce wyrobić sobie własną opinię. Inaczej naprawdę nie warto tracić na to czasu.
Czytaj

"Droga Królów" Brandon Sanderson - recenzja

Znalezione obrazy dla zapytania brandon sanderson droga krolow

Brandon Sanderson dopadnie każdego śmiałka, próbującego się zanurzyć w oceanie fantastyki. I niech nikt sobie nie pomyśli, że jest on kolejnym następcą Tolkiena, dziedzicem Le Guin albo uczniem Martina. Jego styl i tworzone przez niego światy są jedyne w swoim rodzaju i nieporównywalne z niczym, co do tej pory się czytało. Choć niezmierzenie wysokie oceny Drogi Królów na lubimyczytać.pl i innych książkowych portalach z początku mnie peszyły, nie mówiąc już o ogromnej objętości powieści (niemal 1000 stron!), ostatecznie odważyłam się zapoznać z najnowszym i podobno najlepszym dziełem Sandersona. Oczekiwania miałam przeogromne.


Oczekiwania są jak delikatna porcelana. 
Im mocniej się je ściska, tym bardziej prawdopodobne, że pękną.


Już od pierwszych stron pan Brandon rzuca nas w wydarzenia mające miejsce kilka tysiącleci przez właściwą akcją, tym samym przedstawiając nam świat, w którym będzie się toczyć opowieść. Światem tym jest Roshar, nękany przez arcyburze kontynent, gdzie rośliny przypominają bardziej skały, w których zwykły się chować, zwierzęta, takie jak chulle lub ostrogary, przywodzą bardziej na myśl chrząszcze niż znane nam zwierzęta juczne i domowe, pory roku zmieniają się losowo co kilka lub kilkanaście tygodni, wśród społeczeństw panuje podział na wyższych rangą jasnookich oraz ciemnookich, będących niewolnikami bądź żołnierzami, a jedynym źródłem wody i oświetlenia są wyżej wspomniane arcyburze, regularne, nadchodzące ze wschodu zwanego Źródłem kataklizmy, niszczące wszelkie życie, które nie ukryło się w bezpiecznych miejscach, zwanych laitami. 


Roshar – uniwersum "Archiwum..." należący do wszechświata cosmere twórczości pana Sandersona. Źródło tu.

W tej scenerii poznajemy Kaladina, młodego, choć doświadczonego przez życie żołnierza (oraz niedoszłego chirurga), który wskutek pewnych wydarzeń staje się niewolnikiem we własnej armii. Drugą bohaterką jest Shallan, córka mało znaczącego jasnookiego arystokraty, która musi zostać uczennicą jednej z największych uczonych Rosharu, by uratować swych braci i ród przed zniknięciem z powierzchni ziemi. Kolejna postać to Dalinar, arcyksiążę pogrążonego w wojnie z ludem Parshendi Alethkaru, toczący walkę nie tylko z innymi arcyksiążętami, ale także ze sobą. Ostatni jest Szeth-syn-syn-Vallano, Kłamca z Shinovaru, zwany Skrytobójcą w Bieli.



Życie ponad śmiercią. Siła ponad słabością. Podróż ponad celem.


Jestem absolutnie i bezgranicznie zachwycona. Więcej: oczarowana, uwiedziona, zafascynowana, omotana, zachłyśnięta i urzeczona światem Brandona Sandersona, jego umiejętnościami prowadzenia fabuły w tak zwanej konstrukcji warkocza, kreowaniem bohaterów, ale przede wszystkim światem. Nigdy dotąd nie spotkałam się z taką ilością oryginalnych rozwiązań podczas tworzenia fantastycznego uniwersum. Tutaj próżno szukać pospolitych smoków czy nudnych elfów. Odniosłam wrażenie, że jedynie grawitacja i ludzie pozostali zapożyczeni z naszego świata, choć co do tego pierwszego można by się spierać. Sam system magii jest zaskakujący i "niecodzienny"; opiera się on na kamieniach szlachetnych, arcyburzach, Dusznikowaniu, fabrialach i mocach Świetlistych Rycerzy. 


Budując fabułę, Sanderson zadaje mnóstwo pytań, a na odpowiedzi na nie czytelnik czeka prze prawie całą książkę, a i tak czuje niedosyt. Ten autor ma pióro po prostu stworzone do pisania długaśnych serii i czytelnicy z pewnością nie zawiodą się kolejnymi częściami "Archiwum...".


Być człowiekiem to znaczy pragnąć tego, czego nie można mieć.


"Droga Królów" jest najgrubszą, najcięższą i najtrudniej trzymającą się w dłoni książką, jaką przyszło mi czytać. Liczy sobie prawie tysiąc stron i do tego jest wydana w miękkiej okładce. Oczywiście nie zamierzam czepiać się wydania, gdyż okładka jest miła w dotyku i wyjątkowo mi się podoba, a wszystkie ilustracje w książce (a jest ich cała masa) wydrukowane są bez zarzutu. Jednak uważam, że tak obszerne tomiszcza powinno się oprawiać w twardą okładkę. Oszczędza to nieprzyjemnych sytuacji, jak na przykład minimalne uchylanie książki, by nie złamać grzbietu albo ciągłe przerażenie, że za chwilę zagnę róg okładki. 

Czytanie tej powieści to nie przelewki, wierzcie mi. Jeszcze nigdy dotąd nie zdarzyło mi się z takim trudem szukać odpowiedniej pozycji do zgłębiania tej książki. Kiedy czytasz ją na siedząco, po chwili zaczyna się boleć kark, ewentualnie uda od jej ciężaru. Na leżąco – albo książka spadnie z wysokości metra, jednocześnie miażdżąc twarz i zaginając kartki, albo po chwili ręce czytelnika padną z wycieńczenia. "Droga Królów" udowadnia, że prawdziwa, dobra literatura fantasy wymaga nie lada poświęceń.


Filozofia? (...) Czy to nie sztuka mówienia o niczym 
przy użyciu jak największej ilości słów?

Podsumowując – "Droga Królów" jest powieścią, która bezlitośnie skradła moje serce i zajęła umysł na cały tydzień. Mimo ogromnych rozmiarów i niewygodnej oprawy, książkę połknęłam w całe sześć dni. Opowieść napisana przez Sandersona porywa i nie puszcza czytelnika, dopóki nieszczęśnik nie skończy czytać ostatniego zdania. I wtedy zawiedziony patrzy, czy nie ma kolejnego rozdziału, następnego epilogu, a ostatecznie zasmucony pyta ze ściśniętym sercem: "To już naprawdę koniec?".

Sonia Raputa




Tytuł: Droga Królów
Tytuł oryginału: The Way of Kings
Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: MAG 
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Liczba stron: 960
Gatunek: fantastyka, fantasy


(Wszystkie cytaty napisane kursywą pochodzą z książki "Droga Królów")
Czytaj